W stronę Chiloe

Podziel się

Po ostatnim noclegu w Punta Arenas żegnamy się z właścicielami i jedziemy na lotnisko. Czeka nas ostatni już w tej podróży przelot wewnętrzny – do Puerto Montt. O 14 lądujemy i udajemy się od razu do stanowiska wypożyczalni Rentalcars po odbiór zarezerwowanego jeszcze w Polsce auta. Do Puerto Montt jeszcze wrócimy, na razie czeka nas wyprawa na wyspę Chiloe.

Przelot samolotem Sky Airline

Długo głowiłam się przed podróżą, jak logistycznie najlepiej rozegrać tę wyprawę. Sprawdzałam autobusy i różne miejsca noclegowe. Gdybyśmy szukali zakwaterowania w jednym z miast Chiloe np. Ancud lub Castro, nie byłoby problemów z dotarciem tam lokalnymi środkami transportu. Wybraliśmy jednak gospodarstwo agroturystyczne, do którego praktycznie nic nie dojeżdża (podobnie jak do wielu innych gospodarstw położonych na bezdrożach wyspy), dodatkowo mieliśmy w planach zwiedzanie, auto wydawało się więc jedynym sensownym rozwiązaniem.

Wybrane przez nas gospodarstwo

Zestawienie większości miejsc noclegowych na Chiloe można znaleźć na stronie: http://www.chiloeturismorural.cl, my zdecydowaliśmy się zarezerwować trzy noclegi u rodziny Perez Diaz (pokój z 1 podwójnym łóżkiem i 1 pojedynczym kosztował 35 tys peso, czyli 217 zł za nocleg ze śniadaniem). Ich gospodarstwo ma stronę internetową http://www.agroturismochepu.cl, syn gospodyni sprawnie odpisuje na maile (choć jak się później okazało internetu w domu nie mają), nie wymagali też żadnej przedpłaty. Dla nas istotną kwestią była również niewielka odległość od Ancud, miasta w którym znajduje się przeprawa promowa, a jednocześnie nie za duża odległość od Castro, miasta które również chcieliśmy odwiedzić.

Po wypełnieniu formalności wkrótce siedzieliśmy już w aucie, dziewczynki zajęły miejsca w fotelikach. Do przeprawy promowej w Pargua mieliśmy około godzinę jazdy. Byliśmy już jednak dosyć głodni, pracownik wypożyczalni zasugerował nam więc zatrzymanie się w pobliskim barze. Zgodnie z jego wskazówkami po dojeździe do głównej drogi skręciliśmy w lewo i jadąc niespiesznie wypatrywaliśmy restauracji. Ponieważ jednak nic nie wyłaniało się na horyzoncie, a my oddalaliśmy się od celu naszej podróży, postanowiliśmy zawrócić.

Szymon zwolnił i wrzucił lewy kierunkowskaz, by przy podjeździe do znajdującego się po drugiej stronie jezdni domu wykręcić. Nagle nastąpiło dość mocne gwałtowne uderzenie i nasze auto odskoczyło w bok. Okazało się że, kiedy rozpoczęliśmy manewr, wjechał w nas pędzący z tyłu samochód. Na szczęście nikomu nic się nie stało. O dziwo szkody, jakie poniosła nasza KIA były niewielkie – ledwie wgniecenie w lewym nadkolu. Za to drugie auto wydawało się być zdecydowanie bardziej dotknięte tym wypadkiem. Na jezdni widać było szkło i dużo rozlanego płynu.

Wypożyczona przed chwilą Kia po wypadku

Czuliśmy się bardzo skołowani i nie do końca wiedzieliśmy, jak się zachować. Wyszedł do nas bardzo miły i spokojny kierowca drugiego auta, który najwyraźniej dążył do tego, żebyśmy sprawę zostawili i by każdy odjechał w swoją stronę. Tłumaczył nam jednocześnie, że w Chile , jeśli ktoś chce wykonać tego rodzaju manewr to musi zjechać na prawą stronę i zaczekać, aż wyprzedzą go inne auta i będzie miał wolną drogę. Wydało nam się to absurdem, ale perspektywa oczekiwania na policję z pustymi brzuchami, denerwującymi się dziećmi i wyjaśnianie wszystkiego w strugach deszczu, który właśnie zaczął padać, również nie była atrakcyjna. Dodatkowo obawialiśmy się, że nie zdążymy na odprawę promową, a jeśli nawet, to w ciemnościach będziemy się później błąkać po bezdrożach wyspy. Na wszelki wypadek zrobiliśmy zdjęcia i wymieniliśmy się kontaktami. Rozważaliśmy jeszcze chwilę powrót do wypożyczalni, ale w końcu w skwaszonych nieco humorach ruszyliśmy w stronę Pargua. Niestety wypadek ten rzucił cień na nasz pobyt na Chiloe, mimo że mieliśmy wykupione pełne ubezpieczenie, nie wiedzieliśmy jak sprawę potraktuje Rentalcars. Na razie nie pozostawało jednak nic innego, jak zostawić to i zająć się bieżącymi sprawami.

W tym regionie bardzo popularna jest zupa cazuela

Pargua – miejscowość znajdująca się przy przeprawie promowej miała wyjątkowo bogatą ofertę gastronomiczną. Szybko zorientowaliśmy się, że region ten specjalizuje się w poszukiwanej przez nas zawsze zupie cazuela. Danie to, serwowane np. w Santiago w wielu lokalach tylko w poniedziałki, figurowało tutaj w każdym menu. Można było do tego wybrać na wywarze z jakiego mięsa chcemy cazuelę. Zamówiliśmy zaledwie dwie zupy, głównie z myślą o dziewczynkach. Nie chcieliśmy zanadto się objadać, bo w agroturystyce mieliśmy zamówioną kolację. Ucieszyły nas również ceny – znacznie niższe niż na południu.

Przeprawa na Chiloe

W oddali widać już wyspę

Przeprawa promowa poszła sprawnie i już wkrótce kontynuowaliśmy podróż przez Chiloe – drugiej co do wielkości po Ziemi Ognistej wyspie w Chile i całej Ameryce Łacińskiej. Początkowo dość sprawnie prowadziła nas nawigacja – do momentu, kiedy nie zjechaliśmy z głównej drogi prowadzącej z Ancud do Castro. Tutaj podążaliśmy już dalej drogą szutrową zgodnie ze wskazówkami przekazanymi nam przez syna gospodyni. Trwało to jednak tak długo, że zaczęliśmy się niepokoić. Wkrótce zrobiło się już całkiem ciemno, a my podjeżdżaliśmy pod kolejne wzniesienia, z których rozpościerał się piękny widok na okolicę, żeby znowu po stromym nachyleniu zjechać w nieznane. Spokój, ostatnie tego dnia okrzyki ptaków, drewniane domki i niezwykle bujna, soczysta roślinność – Chiloe od pierwszych chwil wydało mi się magiczne.

W stronę Agroturismo Chepu

Kolejne napotykane na drodze osoby upewniały nas, że jedziemy w dobrą stronę. W końcu dotarliśmy do otoczonego pięknym ogrodem niewielkiego domku. Nie spodziewaliśmy się, że będzie on aż tak oddalony od głównej drogi. Miło powitała nas gospodyni i wskazała nam znajdujący się na piętrze bardzo przytulny pokój.

Nasze gospodarstwo

Zeszliśmy na kolację, nazywaną przez mieszkańców nie „cena”, jak się powszechnie mówi po hiszpańsku, lecz „once”, czyli dosłownie „jedenaście”. Jak się dowiedzieliśmy nazwa pochodzi od wyrazu „aguardiente”, czyli „wódka”, który ma tyle właśnie liter. Kiedyś panowie, którzy chcieli się napić, a przy okazji coś zakąsić mówili, że idą na „jedenastkę”. Dziś once przypomina trochę naszą kolację i składa się z chleba, sera, dżemu i ciasta. Nieco nas to rozczarowało, bo liczyliśmy na większy posiłek. Pogodzeni jednak z rzeczywistością udaliśmy się na zasłużony odpoczynek. Całą noc szalała niesamowita burza, czuliśmy się trochę jak w małej łódeczce podczas sztormu. Cóż w końcu byliśmy na wyspie na środku oceanu.

autor tekstu: Ola Plewka – Szmigiel

politolog, latynoamerykanistka, podróżniczka, pilot wycieczek i przewodnik po Warszawie

Komentarze facebookowe:

Komentarze (y)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*