Viñales. Jaskinia ciszy.

Podziel się

 Zobaczyć Viñales i umrzeć! -chciałoby się powiedzieć. Szczególnie, że dojechanie tu kosztowało nas tyle wysiłku. Viñales to właściwie dwie ulice, parę sklepów, stacja benzynowa, poczta, nic specjalnego. Tyle tylko, że to „nic specjalnego” znajduje się w regionie tak zielonym, górzystym, malowniczym i do tego jeszcze bogatym w jaskinie!

Przyszło nam tutaj po raz kolejny spędzić nocleg nielegalnie. Ceny w casas particulares były za wysokie, więc skorzystaliśmy z oferty pewnego pana, który zaproponował nocleg w swoim mieszkaniu, za rozsądna kwotę 20 peso (za trzecią noc płaciliśmy już tylko 15). Poza tym w ten sposób mogło się spełnić nasze kolejne kubańskie marzenie – zamieszkanie w bloku! Do tej pory wydawało nam się to nierealne.

Z samego rana ruszyliśmy w stronę gór. Chcieliśmy dotrzeć do jaskini z jeziorem w środku. Nie należała ona do bardzo turystycznych, o jej istnieniu powiedział nam nasz gospodarz. Wszystkie wycieczki podjeżdżały raczej autokarami pod dwie najbardziej znane jaskinie, gdzie wstęp był płatny i wszystko było znakomicie zorganizowane. My poszliśmy przepiękną, dziką ścieżką, błocąc sobie i mocząc niewiarygodnie buty, żeby w końcu zabłądzić i w szałasie, gdzie suszył się tytoń natknąć się na miłego dziadka – miejscowego rolnika, który usłyszawszy o celu naszej wędrówki, wziął worek, włożył doń dwie lampy i przez pola i chaszcze doprowadził nas do najcudowniejszego miejsca na ziemi, do … jaskini ciszy, La Cueva del Silencio.

Z jaskini wypływała rzeka. Kiedy weszło się pięć metrów wgłąb nie widać już było nic. Bez lamp i chropowatej ręki naszego przewodnika, nigdy byśmy tej jaskini nie przeszli. Nasz przewodnik pachniał dymem z paleniska. Chodziliśmy między najbardziej kosmicznymi formami skalnymi jakie można sobie wyobrazić. I w końcu doszliśmy do jeziora, do którego też zaraz wskoczyliśmy. Bajka. Przez chwilę naszą błogość zakłóciła myśl –  a gdyby stojący na brzegu miły staruszek zabrał teraz nasze rzeczy, ubrania, aparaty, dokumenty i pieniądze i oddalił się pospiesznie ze swoją lampą, co byśmy poczęli? Czy zdołalibyśmy wydostać się z jaskini ciszy czy w ciszy pozostalibyśmy na zawsze? Nic takiego jednak się nie stało. Pachnąca dymem dłoń starca wyprowadziła nas na bezpieczny ląd.

Chodziliśmy po okolicy jeszcze przez kilka godzin. Wioski. Kolorowe świnie. Ptaki. Wpakowaliśmy się bezmyślnie w jakieś chaszcze i posiekaliśmy sobie całe nogi. Boleśnie.

autor tekstu: Ola Plewka – Szmigiel

politolog, latynoamerykanistka, podróżniczka, pilot wycieczek i przewodnik po Warszawie

« poprzedni post
 
następny post »

Komentarze facebookowe:

Komentarze (y)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*