Torres del Paine – wersja ekspresowa

Podziel się

Jeszcze w Polsce zarezerwowaliśmy w Turismo Comapa jednodniową wycieczkę do Parku Narodowego Torres del Paine. Idealnie byłoby oczywiście zrobić 4 – dniowy trekking i dotrzeć do słynnych szczytów Torres, jednak z dziećmi wydawało się nam to nierealne. Początkowo myśleliśmy, by znaleźć zakwaterowanie w Parku i przynajmniej w ten sposób spędzić tam więcej czasu, jednak ceny hoteli czy hosteli są tutaj doprawdy kosmiczne. Pozostała więc nam zorganizowana 11-godzinna wycieczka autokarowa. Jej koszt to ok. 200 zł za osobę, do tego dochodzi wstęp do jaskini Milodon – 30 zł oraz Parku Narodowego – 125 zł. W cenie nie ma wyżywienia.

Jaskinia Milodon wita

Krajobraz w drodze do jaskini

Około 8 rano podjeżdża pod nasz hostel autokar z przewodniczką. Zbiera uczestników, aż w końcu wszystkie miejsca zostają zajęte. Całodzienna wycieczka z Wandą na kolanach wydaje się być sporym wyzwaniem. Nie ma już jednak odwrotu. Na szczęście zbudzona o świcie dziewczynka, odsypia teraz w czasie jazdy. Później czekają nas sprawdzone już w czasie długich przelotów i przejazdów niezawodne zajęcia: wyciąganie i wkładanie rzeczy do torebki mamy, ważyła sroczka kaszkę, kuj konika, idzie kominiarz po drabinie, lizanie szyby, kopanie fotela, deptanie Matyldy i oczywiście jedzenie niezliczonej ilości ciasteczek i przekąsek. Starszej córeczce na szczęście wystarczają już: gazetka z zadaniami i kolorowankami, uzupełnianie rysunkami dziennika podróży oraz telefon z bajkami do słuchania i grami.

Lisek chętnie pobawiłby się z milodonem

Taki widok miał milodon, kiedy jadł śniadanie w jaskini

Pierwszy przystanek to położona pod Puerto Natales Jaskinia Milodon. Jej nazwa wzięła się od prehistorycznego ssaka, który zamieszkiwał te tereny kilkanaście tysięcy lat temu. Oprócz przypominającego niedźwiedzia roślinożernego milodona, odwiedzana przez nas jaskinia była zamieszkiwana między innymi również przez tygrysa szablozębnego, patagońską panterę, czy w końcu człowieka. W 1895 roku Hermann Eberhard odkrył jaskinię, a w niej zachowany fragment skóry milodona.

Milodon przyjął nas miło

Z jaskini ruszamy dalej autokarem. Po około godzinie jazdy znajdujemy się już na terenie Parku Narodowego Torres del Paine. Niestety tego dnia pogoda jest fatalna. Słynne szczyty są prawie całkiem zakryte chmurami. Nie ma słońca, a co jakiś czas pojawia się nieprzyjemna mżawka. Kolejny przejazd i w końcu rozpoczynamy wędrówkę. Przed nami około godzinny spacer – do Jeziora Grey i z powrotem. Matylda dzielnie przebiera nóżkami, Wanda siedzi wygodnie w nosidle, na moim brzuchu.

Pierwsze zdjęcie po przekroczeniu granicy parku

Most prowadzący w stronę Lago Grey

Krajobraz jest przepiękny. Maszerujemy przez soczyście zielony las, przechodzimy przez malowniczy wiszący most, aż w końcu docieramy na rozległą plażę. Po szarych drobnych kamieniach wędrujemy do tafli jeziora Grey, położonego pod lodowcem o tej samej nazwie. Wzdłuż brzegu rozciąga się sznur ludzi, zmierzających do miejsca, z którego można podziwiać pływający lód. Chmury rozstępują się i widać wyraźnie górujący nad okolicą szczyt Paine Grande. Dziewczynki bawią się rzucaniem kamyków do wody. Wanda w pewnym momencie zaczyna dygotać z zimna. Zakładam jej kolejny sweter i rękawiczki. Wkrótce rozpoczynamy wędrówkę z powrotem.

Nad Jeziorem Grey

Następny przystanek to turkusowe jezioro Pehoe. Na wyspie, do której prowadzi czerwony most znajduje się Hosteria Pehoe. Przewodniczka oznajmia, że zjemy tutaj obiad. Można skorzystać z oferty hotelowej restauracji lub pożywić się własnym prowiantem. Ponieważ, jak się spodziewaliśmy cena menu jest powalająca, rozkładamy się z boku z kanapkami. Podobnie robi mniej więcej połowa naszej grupy. Sam pobyt na wyspie to atrakcja, jest to jedno z piękniejszych miejsc w parku.

Hosteria Pehoe malowniczo położona na wyspie

Turkusowe Jezioro Pehoe

Na zakończenie wycieczki czeka nas jeszcze jeden spacer. Mijamy jezioro Nordenskjold i zatrzymujemy się, by pomaszerować dalej do wodospadu Salto Grande. Nazwa jest myląca, bo wodospad okazuje się być niezbyt duży. Podobno przy ładnej pogodzie najlepiej widać stąd słynne Torres. My niestety nie widzimy zbyt wiele. Żeby było jeszcze mniej przyjemnie zaczyna padać. Ale i tak spacer był sympatyczny.

W drodze do Salto Grande

U celu

Zazwyczaj widać stąd Torres

Dziś widać tylko Szymona i chmury

Ruszamy autokarem w kierunku Puerto Natales. Po drodze pojawiają się coraz liczniejsze stada gwanako. Przy jednym z nich zatrzymujemy się. Zwierzęta na całe szczęście nie boją się i można całkiem z bliska się z nimi sfotografować. Park żegna nas więc bardzo miło. Po jednodniowej autokarowej wycieczce czujemy z pewnością niedosyt, ale może jeszcze kiedyś uda się powrócić do Torres del Paine, na kilka dni z namiotem. Puerto Natales wita nas wyjątkowo przyjemnie bufetem za 5 tys pesos w Club Deportivo.

Dwa stada, dwa modele rodziny

Samiec alfa, jego żony i dzieci

autor tekstu: Ola Plewka – Szmigiel

politolog, latynoamerykanistka, podróżniczka, pilot wycieczek i przewodnik po Warszawie

Komentarze facebookowe:

Komentarze (y)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*