Spokojny czas w Puerto Natales

Podziel się

Z Punta Arenas jedziemy na północny wschód do Puerto Natales. 250 – kilometrową trasę autobus pokonuje w 3 godziny. Koło południa wysiadamy w niewielkim miasteczku położonym nad Cieśniną Ostatniej Nadziei. Wita nas piękne słońce i silny wiatr. Tym razem nocleg mamy zarezerwowany w Hostelu Bulnes, znajdującym się zaledwie przecznicę od Plaza de Armas. Z początku myślimy, żeby wziąć taksówkę, bo google maps podpowiadał, że od dworca do głównego placu spacer zajmuje aż 25 minut. Znowu jednak rzecz charakterystyczna dla Chile i zupełnie niemożliwa w większości państw świata: na dworcu nie stoją żadne taksówki. Kręcimy się jeszcze chwilę, po czym postanawiamy rozpocząć wędrówkę. Nie jest ona zbyt uciążliwa, bo większość bagażu zostawiliśmy u Viviany w Punta Arenas.

Wanda nieźle znosi podróże autobusem.

Docieramy wkrótce do ulicy Bulnes, ciągnącej się praktycznie przez całe centrum 19 – tysięcznego miasteczka. Puerto Natales urzeka mnie od razu – spokój, mały ruch, malowniczy krajobraz. Hostel Bulnes okazuje się przytulnym, choć bardzo prostym pensjonatem w świetnej lokalizacji. Spędzimy w nim aż 4 noce. Wanda i Matylda eksplorują od razu wszystkie korytarze i zakamarki. Wkrótce się zorientuję, że wszędzie (oprócz pokoi rzecz jasna) zainstalowane są kamery. Podglądająca ze swojej kanciapki pani, prowadząca hostel schowa później, pod naszą nieobecność, wszystkie figurki, talerzyki, miseczki i inne ozdoby, które stały się od razu przedmiotem wesołych zabaw dziewczynek. Zniknie również drewniana owieczka, na której można było tak fajnie podskakiwać.

Plaza de Armas: lisek wspiął się na drzewo.

Tabliczka w pizzerii: „Nie mamy wifi, rozmawiajcie między sobą”

Puerto Natales istnieje od nieco ponad stu lat. Zostało założone w 1911, jako port z którego wywożono przede wszystkim owcze mięso. Z Patagonii trafiało ono aż na europejskie stoły. Przemysł mięsny był podstawą rozwoju miasteczka. Obecnie jest nią turystyka. Puerto Natales to pierwszy przystanek w drodze do Parku Narodowego Torres del Paine – jednej z największych atrakcji Chile. Pełno tu hosteli, agencji turystycznych – głównie specjalizujących się w trekkingach, sklepów outdoorowych. Można bez problemu zaopatrzyć się w namiot czy specjalne produkty żywnościowe na kilkudniową wędrówkę przez Andy. Jedni decydują się na dłuższy trekking, inni traktują Puerto Natales, jako bazę wypadową do jednodniowych tourów, czy wycieczek. My ze względu na dzieci znajdujemy się w tej drugiej grupie.

Twarzą w twarz. Konfesjonał w katedrze.

Na eksplorację miasteczka mamy półtora dnia. W tym czasie można je przejść kilka razy wzdłuż i wszerz. Oprócz katedry nie ma tu specjalnie żadnych zabytków. Malowniczym miejscem jest sama cieśnina – Ultima Esperanza. Podobno nazwę taką nadał jej XVII – wieczny żeglarz Juan Ladrilleros, który poszukiwał Cieśniny Magellana i zrozpaczony zatrzymał się w tym miejscu. Roztacza się stąd widok na Andy.

Nad Cieśniną Ostatniej Nadziei.


Tuż nad brzegiem dziewczynki mogą się pobawić na solidnym placu zabaw. Niestety o każdej porze dnia strasznie tu wieje. Wiatr jest zwodniczy, bo przez niego zapomina się o palących promieniach słonecznych. Wanda wygląda wkrótce jak ogorzała góralka.

Nadbrzeżna promenada.

Plac zabaw w pięknej scenerii.

Po południu ożywa Plaza de Armas. Schodzą się tutaj gwarnie miejscowi. Uruchomiono fontannę, więc dzieciaki zdejmują buty i moczą stopy. Może temperatura powierza nie jest najwyższa, ale w końcu to środek lata, więc trzeba korzystać. Prawdziwym hitem są gokarty, które można wypożyczyć na przejażdżkę wokół placu. Pół godziny jazdy to koszt 2,500 pesos (15 zł). Matyldzie bardzo podoba się jazda.

Główna rozrywka w Puerto Natales.

Popołudniowy ruch na Plaza de Armas.


W Puerto Natales udaje nam się w końcu dobrze zjeść. Ceny są przystępniejsze niż w Punta Arenas. Tuż obok naszego hotelu jest przyjemna pizzeria. W restauracji Kawesqar dostajemy naprawdę smaczne i niedrogie menu. Nic nie przebija jednak naszego późniejszego odkrycia, z którym nie może się równać żaden lokal gastronomiczny odwiedzony w czasie tej podróży. Przy odchodzącej od głównego placu ulicy Eberhard usadowił się Club Deportivo de Puerto Natales – Klub Sportowy, a jednocześnie restauracja, oferująca dwa razy dziennie – w porze obiadu i kolacji bufet za jedynie 5 tys peso od osoby (30 zł)! Na lunch przyszliśmy dwukrotnie za późno, za to punktualnie o 20:00 zajmowaliśmy stolik by uraczyć się kolacją z prawdziwego zdarzenia. Ciepła, pożywna zupa, ryba, dwa rodzaje mięs, ryż, ziemniaki, sałatki. Do tego deser w cenie i tanie napoje. Na domiar wszystkiego, uprzejmy kelner informuje nas, że dzieci nie płacą. W Club Deportivo stołują się w większości mieszkańcy, turyści wybierają wykwintniejsze miejsca.

Club Deportivo de Puerto Natales.

„Tenedor libre”, czyli jedz ile chcesz.

Drugiego popołudnia moją uwagę przykuwa kawiarnia serwująca różne rodzaje yerba mate. Siadamy, zamawiamy, gawędzimy z właścicielką. Jesteśmy jedynymi klientami. Kobieta wychodzi na zaplecze. Nagle w drzwiach pojawia się starsze małżeństwo. Myślą, że to my prowadzimy lokal, mówią że widzieli nas parę razy na ulicy z dziećmi i stwierdzili że tutaj mieszkamy. Pytają skąd jesteśmy. „Z Polski”. “To u was też pije się yerba mate” ? – spoglądają życzliwie na stojące na naszym stoliku matero. Okazuje się, że to Argentyńczycy. Zabawne zdarzenie. Przyjemnie i spokojnie spędza się czas Puerto Natales.

autor tekstu: Ola Plewka – Szmigiel

politolog, latynoamerykanistka, podróżniczka, pilot wycieczek i przewodnik po Warszawie

Komentarze facebookowe:

Komentarze (y)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*