Słyszeliśmy, że Cancun nie istnieje!

Podziel się

Z Meridy wyruszyliśmy stopem w stronę Cancun – kultowego miasta hoteli, plaż, nocnych klubów i bawiących się w nich Amerykanów o grubych portfelach. Miasta będącego symbolem Meksyku, podobnie jak sombrero czy tequila. Po przejściu miesiąc temu największego w historii tego miasta huraganu – morderczej Willmy – Cancun stał się raczej symbolem upadku. Wielokrotnie w innych częściach Meksyku, słyszeliśmy, że nie ma po co tam jechać, bo Cancun nie istnieje. Wkładalśsmy oczywiście te opowieści trochę między bajki, ale byliśmy naprawdę podekscytowani, co tam zastaniemy.

Autostradą pomknęliśmy tym razem bardzo szybko. Starczyły dwa samochody, żeby dojechać do celu. Kluczowym dla dalszego rozwoju wypadków okazał się kierowca drugiego z nich – Rafael. Młody, miły Meksykanin z włosami zaczesanymi oczywiście na żel, trochę w typie miejscowego casanovy. Samochód – olbrzymi (jak większość w tym kraju). Nissan.

Po godzinie bardzo szybkiej jazdy dojeżdżamy do Cancun. I co widzimy? Że jednak istnieje! Widok to jednak dosyć ponury i przygnębiający. Potęguje go jeszcze dosyć mroczna pogoda. Rafael robi dla nas jakby mały tour po mieście, możemy dzięki niemu zobaczyć z bliska strefę turystyczną. Zatrzymuje się przy plaży, której praktycznie nie ma… Został zaledwie cienki pasek białego, sypkiego piasku, w który uderzają olbrzymie fale. Rafael mówi, że była tu piękna, szeroka plaża, po której można było na bosaka spacerować nawet w samo południe, bo ten biały, ładny piasek ma to do siebie, że nie parzy w stopy. Plażę zjadło morze. Są plany, żeby ją odtworzyć, nawożąc tony piasku. Trudno sobie wyobrazić, żeby było to możliwe do zrealizowania.

Jedziemy dalej i wchodzimy na teren ekskluzywnych hoteli. Połamane palmy, powybijane szyby, baseny i plażowe bary pozjadane w dużej części przez morze. Gruz.Nasz kierowca chce nam pomóc i postanawia zawieść nas pod dom hosta. Niestety tracimy chyba z godzinę na znalezienie ulicy 60 norte. Wszyscy zapytani po drodze ludzie twierdzą, że taka ulica… nie istnieje. Nasz host nie odbiera telefonu. Martwimy się, że Rafael zaraz straci cierpliwość i po prostu nas gdzieś wysadzi na ulicy. A dzielnica to chyba nie najlepsza. Powoli zaczyna się ściemniać.

Nasz kierowca jednak, nie dość że wcale nie wyrzuca nas na ulicę, to jeszcze postanawia nas zabrać ze sobą na imprezę w domu swojego wuja i kuzynów. Stamtąd będziemy ponawiać próby skontaktowania się z hostem. Bardzo żałuję, że nie mogliśmy nagrać momentu wejścia na posiadłość wuja. Poczułam się jak w filmie „Ojciec chrzestny¨. Na patio, przy dużym, okrągłym stole grają w domino panowie w ciemnych okularach, w zębach mają cygara. Połowa z nich to Kubańczycy, którzy dawno temu wyemigrowali ze swojego kraju. Mówimy im, że byliśmy na Kubie. Zanoszą się śmiechem. Fidel! Puta madre! Następuje seria przekleństw pod adresem ojca rewolucji.
Idziemy dalej. Jest to kompleks niewysokich budynków, zgromadzonych wokół wielkiego basenu z barem. Nowoczesne, bogate osiedle, gdzie mieszkańcy zorganizowali sobie sobotnią fiestę. Didżej puszcza muzykę, dużo ludzi tańczy – głównie młode dziewczyny i dzieci. Rafael zapoznaje nas ze swoimi znajomymi. Ci zaraz częstują nas winem. Klimat bardzo… nowobogacko – wieśniacki. Coś z pogranicza latynoamerykańskiej telenoweli i biby rusków, którzy dopiero co się dorobili i szastają pieniędzmi na prawo i lewo.

Jeden koleś, dosyć mocno już wcięty (co chwilę wskakuje do basenu, po czym wychodzi żeby okryć się ręcznikiem w panterkę) oferuje nam za darmo tygodniowy nocleg w swoim hotelu w Playa del Carmen. Daje Marcinowi komórkę, żeby sobie zadzwonił do Polski. Jedziecie do Kostaryki? Ja was tam zawiozę. Jedziemy dzisiaj? Jutro? W obleśny sposób lustruje mnie wzrokiem. Król prymitywnego szpanerstwa.

Jest i drugi chłopak, który co chwilę częstuje mnie cygarem. I jeszcze jeden, który ma wygląd stuprocentowego geja. Delikatnie podryguje w rytm muzyki, promiennie się do nas uśmiechając. Wkrótce przenosimy się do domu prymitywa, gdzie wita nas jego cycata siostra, w przezroczystej bluzce, z ciężką biżuterią na rękach. Są też inni. Fiesta trwa dalej. Dom jest duży, czysty i BOGATY. Marcin rozmawia z gościem wyglądającym naprawdę jak z żurnalu – zajmuje się on, tak jak samo jak Rafael prowadzeniem stanowej gazety. To chyba niezły interes bo żyją… nie najgorzej.

W końcu odzywa się nasz host. Bardzo mnie to cieszy, bo nie marzę o niczym innym, jak o wydostaniu się z tego miejsca. Męczą mnie takie klimaty. Chociaż na pewno warto to było zobaczyć. Po 40 minutach do nowobogackiego salonu, w którym się znajdujemy wkraczają dwie małe postaci o indiańskich rysach – to Israel Ek – nasz host, ze swoją dziewczyną. Samochodem zabierają nas do domu. Jest położony w kiepsko wyglądającej dzielnicy. Wchodzimy do środka. Prosty, skromny. Oddycham z ulgą.Ek to indiańskie nazwisko? Tak, jestem z Majów – mówi nasz nowy, niewielki gospodarz. Pokazuje nam swoje biuro – prowadzi tutaj własną agencję turystyczną (pisząc to, właśnie z tego biura korzystamy, ma ono bowiem aż trzy komputery z netem!). Bardzo miły, bezproblemowy człowiek.

Następnego dnia ruszamy poznać lepiej miasto. Wędrujemy z centrum do strefy turystycznej. Idziemy wzdłuż plaży. Znajdujemy w końcu hotel, w którym siedzą niedobitki turystów. Śmiejemy się z nich – wylegujących się na brudnej, kadłubkowej plaży, pod połamanymi palmami, udających że świetnie się bawią. Niektórzy z nich może wydali roczne oszczędności na urlop w kultowym Cancun.

Wspomniany przeze mnie wyżej uczestnik imprezy o wyglądzie niczym z żurnalu, tłumaczył Marcinowi, że Cancun został zniszczony, ale wpakowane zostaną w niego miliony dolarów. I że jak go odbudują, będzie jeszcze piękniejszy. Idziemy dalej plażą i już z odległości kilku kilometrów widzimy umieszczoną w samym sercu turystycznej strefy meksykańską flagę. To największa flaga jaką spotkaliśmy w naszym życiu. Wokół gruzy i zniszczenia, ale jak patrzysz na tę flagę powiewającą dumnie nad Cancun, rzeczywiście wierzysz w to że to miasto powstanie ze zgliszczy, że któregoś dnia odżyje. Tego pięknego, słonecznego dnia ulicami znowu popłyną turyści, zaleją plażę, i wędrować po niej będą boso nawet w samo południe. Bo biały cancunski piasek wcale nie parzy w stopy.

autor tekstu: Ola Plewka – Szmigiel

politolog, latynoamerykanistka, podróżniczka, pilot wycieczek i przewodnik po Warszawie

« poprzedni post
 
następny post »

Komentarze facebookowe:

Komentarze (y)

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*