Podsumowanie dotychczasowej podróży: Kuba, Meksyk, Ameryka Środkowa

Podziel się

Zakończyliśmy pewien etap podróży (październik 2005 – styczeń 2006). Odwiedziliśmy Kubę, Meksyk oraz wszystkie kraje Ameryki Środkowej. Czas na refleksje i krótkie podsumowanie.

Czy tak naprawdę możemy powiedzieć, że geograficznie zwiedzaliśmy do tej pory Amerykę Środkową? Na pewno nie. Kuba to Karaiby, Meksyk należy do Ameryki Północnej, a Panama przez niektórych zaliczana bywa do Ameryki Południowej. Ma  to swoje uzasadnienie bardziej polityczne niż geograficzne, bowiem Meksyk należy do NAFTA, a Gwatemala, Honduras, Salwador, Nikaragua i Kostaryka tworzyły niegdyś wspólne państwo i do dziś pielęgnują swoją dawną tradycję wszędzie zaznaczając, że należą do Ameryki Środkowej – począwszy od tablic rejestracyjnych samochodów, przez paszporty, a na produktach spożywczych,  na których widnieje wyraźny napis¨: Producto Centroamericano. ¨, kończąc. Panama zaś zaliczana jest do Ameryki Południowej, ponieważ przez długi czas była częścią Kolumbii. Dla mnie jednak geograficznie Panama to Ameryka Środkowa i nie zmienią tego żadne deklaracje polityczne mieszkańców innych państw, czy ich rządów:)) Czytając poniższą listę podobieństw, łatwiej zrozumieć mój upór.

Środki transportu – Od Kuby do Panamy z wyłączeniem Meksyku na drogach królują amerykańskie tak zwane „chickenbusy”, czyli stare autobusy szkolne made in USA. Zmieniają się tylko szczegóły. W większości państw pomocnicy kierowcy wiszą w drzwiach wejściowych informując ludzi dokąd się udają. Nie tylko autobusy kursujące na dłuższych trasach, ale nawet te miejskie mają naganiaczy, którzy gdyby pracowali w Warszawie, wykrzykiwaliby: “Puławska Puławska, Plac Konstytucji, Ursynów” Bardzo mi się to podoba i sądzę, że taki system pomocny byłby też w Polsce. Trzeba by jednak najpierw kompletnie sprywatyzować publiczny transport. W opisywanych przez nas krajach transport prywatny potrafi świetnie funkcjonować, w miarę tanio i szybko można przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi miejscowościami a także po aglomeracjach miejskich.

Chickenbus w Gwatemali/ fot. Marcin Plewka

Chickenbus w Gwatemali/ fot. Marcin Plewka

Prawie wszędzie w czasie postojów pojawia się mnóstwo sprzedawców, którzy oferują tak zwane „mydło i powidło”. Jedynie w Meksyku, Belize i Kostaryce sprzedawców jest mało lub w ogóle ich nie ma. Największa ich ilość pojawia się w Salwadorze, gdzie po prostu przez autobus przetaczają się tabuny kobiet oferujących smaczne przekąski i coś do picia. Wydaje się też, że w Salwadorze toczy się najbardziej zaciekła walka o klienta pomiędzy poszczególnymi przewoźnikami. Wchodząc na dworzec w San Salwador zostaje się zaatakowanym przez tabuny naganiaczy, pragnących przekonać do podróży swoim środkiem transportu. Wysłużone „chickenbusy” pomalowane są w niesamowite kolory, często ozdobione są bogato symbolami symbolami religijnymi, na tylnej szybie kierowca nakleja swoje motto np „Bóg mnie prowadzi”.

Sprzedawcy jedzenia w autobusie w Salwadorze/ fot. Marcin Plewka

Sprzedawcy jedzenia w autobusie w Salwadorze/ fot. Marcin Plewka

Autostop – na Kubie płatny choć bardzo tani i zorganizowany w 90% przez państwo. W południowo – wschodnim Meksyku działa świetnie poza górzystymi rejonami Chiapas. Ludzie często biorą cię, bo jesteś dla nich ciekawym przybyszem z Europy. W Meksyku stopować można nawet na drodze odludnej po ciemku i coś się zatrzyma, co jest nie do pomyślenia w Europie. W Belize stop może być trudny ze względu na bardzo małą ilość stacji benzynowych, na zwykłej drodze staliśmy 1,5 godziny i nikt nas nie wziął. Sądzę, że gdybyśmy pytali ludzi na stacji wyglądałoby to lepiej. W Gwatemali stop nawet na stacji benzynowej jest trudny, bo tutaj każdy prawie świadczy usługi transportowe za pieniądze. Ale czasem udawało nam się złapać stopa na zwykłej drodze. Stacje benzynowe są tutaj jednak dosyć marne i często puste, co też bywało problemem w Meksyku.

Na Kubie łapaniem stopa zajmuje się państwowy urzędnik "amarillo", a chętni czekają niczym na przystanku autobusowym/ fot. Marcin Plewka

Na Kubie łapaniem stopa zajmuje się państwowy urzędnik „amarillo”, a chętni czekają niczym na przystanku autobusowym/ fot. Marcin Plewka

Salwador ma świetną sieć dróg i bardzo dobre stacje, z których można dość szybko odjechać. Momentalnie też złapaliśmy stopa z granicy. W Hondurasie ktoś nas zabrał ze stacji po pięciu minutach pytania, ale w części kraju drogi nawet nie mają asfaltu i krążą po nich prawie wyłącznie autobusy, wiec o stopie można tam zapomnieć. Nikaragua jest rajem dla autostopowiczów, niby to najbiedniejszy kraj w Ameryce Środkowej, ale w dużej części kraju ma świetne stacje jak w Europie i przemiłych ludzi, którzy bez problemu cie zabiorą, jeśli jadą w tym samym kierunku. Nie ma tu wszechobecnych płatnych pickupów, jak w Gwatemali, jest za to dużo dobrych prywatnych samochodów. W Kostaryce bez problemu złapaliśmy stopa na granicy do San Jose, ale zabrał nas Salwadorczyk. Reakcje na stopa są tutaj podobne jak w Europie, np ludzie boją się otworzyć okna samochodu, albo w ogóle odwracają głowę. Jest to również kraj słabo zaludniony, więc ciężko trafić na kogoś kto jedzie w „dobrym” kierunku. Mimo, że to najbogatsze państwo w regionie, to sieć dróg ma fatalną, często brakuje asfaltu. W Panamie stopa nie próbowaliśmy, więc nie możemy ocenić.

Zawsze najlepiej łapać stopa, pytając ludzi kierowców na stacji benzynowej. Ola w Nikaragui/ fot. Marcin Plewka

Zawsze najlepiej łapać stopa, pytając kierowców na stacji benzynowej. Ola w Nikaragui/ fot. Marcin Plewka

Generalnie, ze stacji benzynowej w każdym kraju w końcu ruszysz w wymarzonym przez siebie kierunku. Problem w tym, że tutaj samochody często pokonują tylko niewielkie odcinki. Tiry jadą czasem zaledwie 50 km dalej. Oczywiście mogliśmy np w meksykańskim stanie Chiapas złapać stopa na Panamerykanie aż do Salwadoru, ale jak na złość na Panamerykanie w Gwatemali, 150 km od południowej granicy, kiedy faktycznie chcieliśmy do tego Salwadoru dotrzeć, jak na złość pod ziemię zapadli się wszyscy meksykańscy tirowcy. W Ameryce Środkowej podróżuje się zazwyczaj z ludźmi bogatymi. Można powiedzieć, wbrew bzdurom opisywanym przez Lonely Planet, że stop jest tak naprawdę bezpieczną formą podróżowania, jeśli się jedzie od jednej stacji benzynowej do drugiej. Na pewno bezpieczniejszą, niż wsiadanie do busu na dworcu w San Salwador, gdzie po zakurzonym klepisku pełzają inwalidzi wojenni pozbawieni kończyn, a trzydziestu naganiaczy stara się przekonać do swojego autobusu i musisz w końcu podjąć decyzję i oddać któremuś z nich swój bagaż. W ogóle kontrola nad bagażem w czasie przejazdów autobusem jest dość ograniczona. Często ląduje on na dachu chickenbusa wraz z innymi tobołkami, a co kilka – kilkanaście minut następuje rotacja pasażerów, nowe wyładunki i załadunki. My zapakowaliśmy nasze plecaki w wielkie worki od cukru, by tak bardzo się nie wyróżniały.

Policja – natrafiliśmy głównie na miłych i usłużnych stróżów prawa. Wszystkie kraje promują mocno turystykę. Jedynie w Salwadorze, Hondurasie i Kostaryce spotkaliśmy się z pewnymi niemiłymi akcentami, o których wspominaliśmy, ale nie stanowią one jakiegoś znaczącego faktu, wartego długiego rozpisywania się. Tutaj zapewne polska policja mogłaby się dużo nauczyć od swoich latynoskich kolegów.

Piękno krajobrazu – istnieją w tym regionie kraje mocno przereklamowane z tłumem turystów oraz miejsca przepiękne zagranicznych przybyszów prawie pozbawione. Do państw średnio ciekawych krajobrazowo zaliczyłbym Kubę, która jest oczywiście ładną wyspą, ale taka dużo mniej popularna Panama, bije ją pod tym względem na głowę. Zaznaczam, że na Kubie nie widzieliśmy wschodu wyspy i jej północnej części, o którą tylko nieznacznie zahaczyliśmy. Meksykański Półwysep Jukatan, poza pięknymi plażami w Tulum i oczywiście wartymi zobaczenia ruinami Majów, krajobrazowo wydał nam się dość nieciekawy. Najpiękniejszy jest według mnie stan Chiapas z zielonymi górami i kolorowymi indiańskimi wioskami. Belize poza swoją wschodnią częścią przy granicy z Gwatemalą jest nizinne i dosyć monotonne. Nie ma też tak naprawdę wyjątkowo pięknych plaż, poza jakimiś drobnymi wyjątkami, co potwierdzał również nasz host w Belize City. Ma za to śliczne akweny, gdzie można nurkować i oglądać piękne rafy koralowe i morskie stworzenia oraz urocze wyspy pełne uroczych drewnianych kolorowych domków. Gwatemala jest przepiękna prawie w każdym swoim zakamarku i bardzo górzysta, mniej ciekawe wydało nam się nizinne wybrzeże Pacyfiku. Salwador ma wszystko w pigułce – piękne plaże, wulkany, góry i niziny, ale prawie zero lasów, które zostały wykarczowane. Nie ma tutaj prawie wcale turystów. Honduras poznaliśmy bardzo słabo, ale jego cześć południowa jest bardzo ładna, cała górzysta i zielona. Nikaragua to kraj pięknych wulkanów i niesamowitych wielkich jezior z wyspami. Kostaryka jest podobnie piękna jak Gwatemala. Niestety jej plaże mają kolor szary, a nie żółty, przynajmniej na wybrzeżu Pacyfiku. Panama ma góry, selwę i przepiękne wyspy San Blas, kanał oraz najpiękniejsze miasto Ameryki Środkowej Ciudad Panama. Jeśli bym miał układać ranking krajów pięknych krajobrazowo na pierwszych trzech miejscach znalazłyby się:Gwatemala, Kostaryka, Panama. Oczywiście nie zapominając, że tak pięknych plaż, jak w Meksyku nie widzieliśmy nigdzie indziej na naszej dotychczasowej trasie.

Plaża w Tulum. Meksyk/ fot. Marcin Plewka

Plaża w Tulum. Meksyk/ fot. Marcin Plewka

Ceny – najtańsze piwo jest w Nikaragui, po mniej niż dolar za litr. W Meksyku i Gwatemali za jednego dolara kupuje się malutkie piwo 0,3 l. Najdroższe autobusy są w Meksyku, gdzie za dwugodzinną jazdę płaci się średnio siedem dolarów, najtaniej jest w Salwadorze, gdzie za ten sam odcinek płaci się 1,5 dolara. Żeby porządnie zjeść trzeba Meksyku wydać trzy dolary, w Gwatemali dwa, a najtaniej jest w Nikaragui, gdzie wystarczy jeden dolar, żeby się najeść. Najtaniej spaliśmy w San Pedro la Laguna w Gwatemali za 1,2 $ od osoby za noc, a najdrożej za 5 dolców od osoby na wypie Cay Calker w Belize. Naprawdę opłaca się zabrać namiot, bo wtedy można zaoszczędzić dużo i zamiast wydać po 10 dolców od łebka w drogich miejscach zejść na trzy dolary za rozbicie namiotu. Standardowa cena za nocleg w hostelu w „dormitorio” (dużo łóżek) to trzy dolary od Meksyku po Nikaraguę. W Kostaryce jest pewnie drożej, ale tam spaliśmy u znajomych.

Bandytyzm, złodziejstwo – na szczęście do tej pory się nie spotkaliśmy. Najbardziej baliśmy się w Ciudad Guatemala, San Salwador, Tegucigalpa, Belize City i Colon, ale skończyło się na strachu. Widoki w większych miastach są czasem naprawdę nieprzyjemne, uzbrojeni ludzie, wszechobecne druty kolczaste. Prowincja jest z reguły bardzo spokojna i można się tam naprawdę bezpiecznie przemieszczać, trudno sobie wyobrazić, że coś złego mogłoby się stać.  Jedynym miejscem, gdzie próbowano nas okraść była reklamowana, jako bezpieczna Kuba. Najlepiej chodzić większymi grupkami, i nie rzucać się za bardzo w oczy, jako turysta. W Gwatemali policja oferuje eskortę gringo, którzy pragną zobaczyć jakąś atrakcję np w mieście Antigua. O określonej godzinie zbiera się grupa zainteresowanych i zupełnie bezpłatnie odprowadzana jest do miejsc, które chce zobaczyć.

autor tekstu: Marcin Plewka

podróżnik, dziennikarz, ekonomista, pilot wycieczek i przewodnik miejski po Warszawie i Krakowie

Flickr 

Komentarze facebookowe:

Komentarze (y)

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*