Jak wyglądają i smakują lodowce – rejs do Parku O’Higgins

Podziel się

Zorganizowanych tourów ciąg dalszy. Tym razem czeka nas rejs do lodowców Balmaceda i Serrano położonych w Parku Narodowym Bernardo O’Higgins. Nigdy nie widziałam lodowca, jestem więc bardzo ciekawa tej wycieczki. Ranek wita nas ulewnym deszczem. Na tyle ulewnym, że postanawiamy wziąć taksówkę do biura armatora Turismo 21 de Mayo, położonego zaledwie kilka przecznic od hostelu. Na ulicy kłębią się turyści. Trzeba odczekać w kolejce i pokazać voucher. Nasz voucher wystawiło Turismo Comapa. Wszystko zostało opłacone jeszcze w Polsce. Koszt to aż 85 tysięcy pesos (ok. 520 zł) za osobę dorosłą, Matylda płaci połowę, Wanda zaledwie jeden uśmiech. Nie ma już na szczęście żadnych dodatkowych wstępów, a w cenę wliczony jest również obiad oraz kilka napoi i ciasteczka serwowane na pokładzie.

Na pokładzie statku – wesoło i przyjemnie

Pod biuro podjeżdżają dwa autokary, pakujemy się do jednego z nich. Po chwili jesteśmy już w porcie, w którym czeka niewielki statek oraz katamaran. Nas prowadzą do tego pierwszego. W środku stoły z ławami po obu stronach, dość mocno oblężone już przez innych turystów. Niestety jesteśmy jednymi z ostatnich pasażerów i musimy się do kogoś dosiąść. Z uśmiechem na twarzy do swojego stolika zapraszają nas Chilijki – kobieta z córką oraz dwie siostry. Podróżują osobno, ale już zdążyły się zapoznać i miło ze sobą rozmawiają. Okazuje się, że trafiłyśmy na jedne z najmilszych osób w czasie całej naszej podróży.

Nasz pingwinek na pokładzie

Kolonia kormoranów

Matylda siada koło Javiery, gadatliwej studentki z Concepción, która jak się okazuje bardzo lubi dzieci i ma do nich anielską wręcz cierpliwość. Dla naszej córki wycieczka ta na długo pozostanie w pamięci, głównie ze względu na nową, wyjątkową znajomość jaką zawarła. Trochę pomagam im w konwersacji, ale kiedy zostają same, brak wspólnego języka nie stoi na przeszkodzie w kontynuowaniu rozmowy. Dwie zawodowe gaduły – Matylda i Javiera znakomicie się ze sobą porozumiewają. Kiedy trzeba gestykulują, pokazują obrazki lub rysują. Wkrótce Javiera zna już całkiem sporo słów po polsku, zaznajomiła się z imionami wszystkich szkolnych koleżanek Matyldy, przesłuchała również na telefonie większość bajkowych hitów, imiona najważniejszych księżniczek zostały ustalone w obydwu językach.

Lodowiec Balmaceda

Jeszcze trzydzieści lat temu jęzor lodowca sięgał do morza

W czasie gdy przyjaźń kwitnie, nasz statek mija kolejno malownicze fiordy, lokalne estancje, potężną kolonię kormoranów, wyglądających z daleka zupełnie jak pingwiny, niewielkie skupisko lwów morskich, szczyty Paine, klif kondora, aż w końcu podpływa do lodowca Balmaceda. O występujących po drodze atrakcjach informuje przez mikrofon przewodnik, a pasażerowie zakładają pospiesznie czapki i kurtki i wychodzą na pokład. Powoduje to dość mocne przechylenie statku na stronę, z której akurat można podziwiać dany cud natury. Nadal jest deszczowo i zimno, nikt więc nie spędza na zewnątrz zbyt dużo czasu. Lodowiec Balmaceda znajduje się na zboczu wzgórza o wysokości ponad 2 tys. metrów. Podobnie, jak wszystkie lodowce na świecie cofa się, jeszcze w 1981 roku jego jęzor sięgał aż do poziomu morza, obecnie wisi mniej więcej na wysokości trzech czwartych góry i nadal się skraca.

Z lodowcem w tle

Po około 3 godzinach dobijamy do mola Puerto Toro, tutaj w końcu możemy opuścić statek i rozpocząć około półgodzinną wędrówkę do lodowca Serrano. Niestety nadal mży. Wanda ląduje w nosidle, ubrana w sweter, polar, kurtkę przeciwdeszczową, okutana dodatkowo kocem. Na szczęście wkrótce zasypia, widocznie jej ciepło, a miarowe bujanie robi swoje. Nie jest to zbyt dobrze pomyślane, bo katamaran przypływa do brzegu w tym samym czasie co my. W ten sposób kilkuset turystów podąża gęsiego wąską ścieżką przez las w stronę lodowca. Przewodnik przykazuje, by zdjęcia robić tylko w drodze powrotnej, bo teraz wszystko na dobre się zakorkuje. Piękna jest przyroda Parku Narodowego Bernardo O’Higgins, a majestatyczny lodowiec oraz malowniczą zatokę można podziwiać przez większą część drogi, tłumy jednak nieco psują klimat. Żeby zrobić sobie zdjęcie bez niechcianych statystów trzeba się nieźle nagimnastykować.

Gęsiego przez PN O’Higgins

Lodowiec Serrano


Po około godzinie jesteśmy z powrotem na statku. Załoga serwuje whisky z lodem wyłowionym z zatoki. Śmiejemy się, że w ten sposób mogliśmy nie tylko zobaczyć lodowiec, ale również go posmakować. W drodze powrotnej zatrzymujemy się na obiad w Estancia Perales. Jest to miejsce znakomicie przygotowane do obsługi tak wielkich grup turystów. Kelnerzy sprawnie serwują zupę, a następnie mięsiwa z rusztu, zachwalając szczególnie pieczeń z patagońskich owiec.

Nasz statek

Obiad w estancji

Wanda też jadła ze smakiem

Po obiedzie wracamy na statek i podróż do Puerto Natales mija już całkiem szybko. Deszcz nie opuszcza nas do samego końca. Leje się na nas z nieba, gdy żegnamy się z naszymi chilijskimi przyjaciółkami na Plaza de Armas, po obowiązkowej wymianie kontaktów na fb i whatsapp. Podawanie komuś adresu email chyba przechodzi powoli do lamusa. Już wkrótce Matylda może radośnie wysyłać Javierze pozdrowienia i emotikony przez msn.

autor tekstu: Ola Plewka – Szmigiel

politolog, latynoamerykanistka, podróżniczka, pilot wycieczek i przewodnik po Warszawie

Komentarze facebookowe:

Komentarze (y)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*