Indianie w Chiapas. San Cristobal de las Casas

Podziel się

Rano opuszczamy niezbyt gościnny dom Rogelio. Jego matki już nie ma, więc tym razem nie dostajemy śniadania :(. Niestety przy pakowaniu namiotu okazuje się, że zerwała się linka łącząca rurki stelaża. Tragedia. Prawdopodobnie nie będę mógł używać normalnie namiotu i to już na początku podróży. Rodzice będą nam chyba musieli wysłać do Kostaryki nowy stelaż Marabuta…

Tym razem przed nami tylko dwie godziny drogi przez piękne góry do San Christobal, prawdziwej stolicy indiańskiego Chiapas. Ponieważ czasu mamy mało, a bilet jest taniutki decydujemy się na autobus za 25 peso. Autobusy w Meksyku są na bardzo wysokim poziomie, człowiek czuje się trochę jak w samolocie. Przed odjazdem z ekranów telewizorków puszczają instrukcję bezpieczeństwa, a potem leci z reguły jakiś dobry film amerykański.

Docieramy szybko do celu podróży. San Christobal położony jest w dolinie otoczonej pięknymi górami, pokrytym lasem. Miasteczko ma przyjemny kolonialny charakter ze starymi niskimi budynkami posiadającymi często piękne wewnętrzne ogrody. W Meksyku właściwie nie spotkaliśmy do tej pory blokowisk, a jedynie dość niską zabudowę. Ulice wyglądają w każdym mieście dość podobnie. Fasady budynków w San Christobal mienią się całą paletą przepięknych ciepłych barw.

Na ulicach pełno jest Indian. To mój pierwszy w życiu kontakt z tak egzotycznymi Indianami. Kobiety odziane są  w tradycyjne różnokolorowe stroje. Prawie każda nosi na plecach dziecko, owinięte solidnie tkaniną. Tutaj każdy próbuje nam coś sprzedać. Chusty, koraliki i inne wyroby. U dzieci sprzedaż zamienia się czasem wręcz w żebraninę. Idą przylepione do Ciebie dalej mimo, że odmawiasz zakupu. One tym wcale nie zrażone powtarzają jak zaklęcie błagalnym głosem: kup to tylko 2 peso, tylko 1 peso. Kup, kup kup. Indianie nie pozwalają żeby robić im zdjęcia, jeśli tylko zauważą obiektyw wycelowany w ich stronę, zasłaniają twarze. Wygląda to dosyć śmiesznie. Ktoś mógłby pomyśleć, że boją się że skradniemy ich dusze.  Powód jest bardziej prozaiczny. Indianie myślą, że kazdy turysta robi zdjęcia, by potem sprzedać je z zyskiem, więc nie chcą dawać się fotografować za darmo tylko za opłatą np 10 peso (1 dolar). Indianie Chiapas używają swojego języka, który jest podzielony na wiele lokalnych dialektów. Odwiedzamy targ pełen tak egzotycznych dla nas Indian, sprzedających miliony produktów. Czego tu nie ma. Przyprawy, owoce, kury, indyki…

To tu w San Christobal de las Casas w 1994 roku komendant Marcos z grupą Indian rozpoczął swoje powstanie opanowując miasto. Dzisiaj nie ma śladów po tamtych wydarzeniach i w ogóle nie czuje się specjalnie atmosfery napięcia. Miasto przepełnione jest turystami, a prawie każdy dom w centrum zamieniony jest na hostel. My znaleźliśmy coś genialnie taniego. Płacimy za nocleg tylko 30 peso od łebka i to ze śniadaniem:) Dziesiątki knajpek oferuje muzykę na żywo, z tego między innymi znane jest to miasto. Znajdujemy poleconą w przewodniku księgarnię prowadzoną przez Amerykankę, nabywamy w niej przewodnik po Ameryce Centralnej za 25 dolarów. My jednak nie polecilibyśmy tego miejsca. Nie ma zupełnie klimatu, a Amerykanka jest smutną i niemiłą osobą.

Pod wieczór w hostelu poznajemy kolejnego włóczęgę. Niemca Mateo. To wysoki blondyn chodzący wszędzie na bosaka. Zwiedził do tej pory prawie całą Amerykę Centralną. Wyluzowany. Mówi, że wszędzie było pięknie i bezpiecznie, nawet bezpieczniej niż w Meksyku, słuchamy tego z niedowierzaniem znając wcześniejsze relacje innych podróżników. Mateo zachwala szczególnie piękno Nikaragui. Siedzimy razem nad mapą i notujemy sobie jego uwagi. Nasz nowy przyjaciel jest już prawie bez pieniędzy i chociaż ma bilet powrotny na koniec stycznia będzie musiał lecieć wcześniej do kraju. Kupujemy najtańszy rum i colę. Siadamy na schodach katedry i pijemy. Poznajemy dwóch młodych Indian, którzy jednak mówią już tylko po hiszpańsku. Opowiadają nam trochę o Marcosie, że żyje w górach i ma nadal swoich ludzi, ale że policja i wojsko już go nie szukają.

Właściwie, żeby zwiedzić San Cristobal de las Casas wystarczy jeden dzień, bo miasto jest malutkie, ale żeby je naprawdę poznać i zrozumieć potrzeba pewnie miesięcy.

autor tekstu: Ola Plewka – Szmigiel

politolog, latynoamerykanistka, podróżniczka, pilot wycieczek i przewodnik po Warszawie

Komentarze facebookowe:

Komentarze (y)

Reklama

One Response to Indianie w Chiapas. San Cristobal de las Casas

  1. Ląduje w mieście Meksyk, myślałem o tym, by od razu udać się do Gwatemali, wasz opis zachęcił mnie do tego, by jednak spędzić parę dni w stanie Chiapas, zanim ruszę z kolegą dalej:) Dzięki. Zadałem pytanie na forum, czy ktoś z Wam mi odpowie?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.