Chiquitanía. Nieznana twarz Boliwii.

Podziel się

Roboré. Miasteczko położone na trasie pociągu z boliwijskiego Santa Cruz do brazylijskiej granicy. W przydworcowym barze zajadam lokalną zupę patacę. Lejący się z nieba żar zniechęca do wyjścia spod rozłożonego nad stolikiem parasola. Zniechęca do jakichkolwiek gwałtownych ruchów. Człowiek w kapeluszu prowadzi powoli konia wzdłuż torów. Raz na jakiś czas przejedzie zakurzony od czerwonego pyłu pickup. Kobieta zbiera puste talerze i po pięć bolivianów od każdego klienta. Wszyscy jakby gromadzili siły na popołudniowy przyjazd pociągu, mała zaspana stacyjka zerwie się wtedy nerwowo na godzinę z przyjemnego letargu. 40 letni Luis Fernando uśmiecha się do mnie. Co dzisiaj? Chochis, Santiago czy może Totaizales? Nie wiem Luis, mam już mało czasu. Zostań jeszcze. Tu jest pięknie. Zostaję. Upał zniechęca do podejmowania pochopnych decyzji.   

 

Camba i Colla – dwie kultury, dwa spojrzenia na świat.

Prawie nikt z obcokrajowców nie jeździ na wschód Boliwii. Dla turystów ten kraj to Jezioro Titicaca, Andy, lamy, Indianie Keczua i Ajmara. Stąd bierze się też stereotyp zamkniętego, mało przyjaznego mieszkańca tych ziem. Jednak na antypodach Boliwii górzystej, chłodnej, o szorstkiej, ciemnej twarzy, znajduje się Oriente, czyli porośnięty lasem tropikalnym, gościnny wschód. Zachodnia część kraju jest mocno osadzona w poprzedzającej jeszcze czasy inkaskie tradycji kultury Tiwanaku. Oprócz hiszpańskiego, dominują tu języki keczua i ajmara. W uproszczeniu mówi się, że Zachód jest indiański, biedny, zacofany i lewicowo – radykalny. Ma nieprzyjemny surowy, górski klimat, a jego największe zasoby to srebro i stal, które już dawno straciły swoją wcześniejszą wartość i rynki zbytu. Wschód określa się jako biały, kosmopolityczny i rasistowski. Jest zielony, gorący, bogaty w soję, gaz i ropę. Santa Cruz, jako najzamożniejszy departament nazywany bywa boliwijskim Miami.

Podziały między obiema częściami Boliwii pogłębiły się szczególnie w ostatnich latach, kiedy do władzy doszedł pierwszy prezydent o indiańskim pochodzeniu Evo Morales, który zabrał się od razu za godzące w interesy wschodu nacjonalizacje i reformę rolną. Oriente coraz głośniej zaczęło domagać się autonomii. W opozycji do rządu postawiły się przede wszystkim cztery prowincje – Santa Cruz, Beni, Tarija i Pando. Ze względu na kształt jaki tworzą na mapie określono je mianem „półksiężyca”. Przyjęta w referendum w 2009 roku konstytucja uznała istnienie autonomii, ale nie w takim zakresie w jakim domagała się tego wschodnia część kraju. Napięcia trwają do dnia dzisiejszego.

Boliwijczyków z Zachodu określa się mianem colla, co oznacza „góral”. Słowo to na Wschodzie wymawiane jest najczęściej z pogardą. Mieszkańcy Oriente, a w szczególności departamentu Santa Cruz określają się z dumą jako camba (sformułowanie to pojawiło po raz pierwszy w czasach kolonizacji na terytorium brazylijskim wraz z przybyłymi z Angoli czarnymi niewolnikami, a oznaczać miało „przyjaciel”). Colla i camba żyją w skrajnie różnym klimacie, dzieli ich odmienna historia i tradycja. Żeby dobrze poznać Boliwię warto zjechać po wschodnich stokach Andów i odwiedzić krainę, gdzie żar leje się z nieba, ludzie są otwarci i gościnni, w lesie tropikalnym kryją się przepiękne wzgórza i wodospady, a w sennych miasteczkach znaleźć można przepiękne kościoły wybudowane przez jezuickich misjonarzy.


Menonici – podejrzani spekulanci

Do Chiquitanii można dotrzeć od północy wyboistą drogą w ceglanym kolorze albo od południowego zachodu tak zwanym pociągiem śmierci. Prowadzi on z Santa Cruz do Puerto Suarez przy brazylijskiej granicy. Swoją niechlubną nazwę zawdzięcza krążącym legendom z przeszłości. Mieli nim podróżować głównie przemytnicy narkotyków i nielegalni imigranci. Część z nich jechała na dachu. Zdarzało się, że ktoś zasnął i spadał. Mówiono, że życie w tamtym czasie niewiele było warte.

Mi podróż mija spokojnie. Siedzę wygodnie koło dziesięcioletniej dziewczynki, która jedzie do Puerto Suarez spędzić wakacje u dziadka. Na każdej większej stacji ma miejsce inwazja rozkrzyczanych sprzedawców, którzy jak robaki rozpełzają się po wszystkich wagonach. „Cuñape caliente!!!” – krzyczą ci niosący w koszach ciepłe okrągłe bułeczki z serem. „Chicha fria” – chłopiec o piskliwym głosie zachęca do nabycia chłodnego napoju z kukurydzy. „Asadito de pollo” – ktoś wymachuje mi przed nosem nabitym na patyk pieczonym kurczakiem.

Pociąg toczy się powoli, w czasie 12 – godzinnej jazdy do Roboré jest więc dużo czasu na obserwację świata za oknem. Pierwsze co przykuwa uwagę to menonici. Wydaje się czasem, że jest ich tu więcej niż rdzennych mieszkańców. Na każdej stacji wsiadają i wysiadają wyglądające na wyrwane z XIX wieku rodziny – mężczyźni w koszulach w kratę i spodniach na szelkach oraz kobiety w długich sukienkach i chustach na głowie. Menonici zaczęli przybywać na te tereny w połowie XX wieku z Europy, Stanów Zjednoczonych i Meksyku, zachęcani przez rząd boliwijski olbrzymimi terenami do zagospodarowania, żyzną ziemią, spokojną, oddaloną od cywilizacji okolicą. Przez kilkadziesiąt lat zadomowili się tutaj, rozwijając najbardziej wydajne w regionie gospodarstwa rolne. Nie wiadomo jednak jak długo tu jeszcze zostaną. Zainteresował się nimi bowiem rząd Moralesa, dla którego niedopuszczalne jest by obcokrajowcy mieli w swoim posiadaniu tak wielkie tereny, podczas gdy sąsiadujący z nimi Indianie dysponują poletkami wielkości jednego hektara. Pojawia się ostatnio coraz więcej oskarżeń o to, że menonici nielegalnie skupują ziemię i handlują nią oraz, że mają „podejrzane układy” z lokalnymi latyfundystami.

 

Misje jezuickie. O drewnianych aniołach, które mają 300 lat

Największą atrakcją regionu są misje jezuickie. Żeby je odwiedzić najlepiej wysiąść z pociągu w miejscowości San José lub położonym cztery godziny drogi dalej – Roboré. Przed pojawieniem się kolonizatorów tereny te zamieszkiwali Indianie, między innymi: Chiquitos, Sarawak, Chapakura, Tupi – Guarani. Chiquitos byli największą grupą na tym obszarze, która odegrała zarazem najważniejszą rolę w późniejszym funkcjonowaniu misji. Nazwę taką nadali im Hiszpanie, zdziwieni ich niewielkim wzrostem. Od niej określenie przyjął cały region – Chiquitanía. Pod koniec XVI wieku założono Santa Cruz, a dopiero w sto lat później powstała pierwsza misja. Zanim do tego doszło tereny te były notorycznie najeżdżane przez bandeirantes – napadających na Indian z terenów Brazylii łowców niewolników. Wiara jezuitów w powodzenie ewangelizacji opierała się między innymi na przekonaniu, że Amerykę odwiedził już apostoł Tomasz, żeby przynieść tamtejszym Indianom dobrą nowinę. Misjonarze swoje działania rozpoczęli od zawierania sojuszy z indiańskimi kacykami. Z czasem udało się zorganizować redukcje – osiedla w których istniała dokładna organizacja czasu, z wyraźnym podziałem na pracę, modlitwę, życie rodzinne. W latach 1691- 1760 powstało 10 ośrodków misyjnych: San Javier, San Rafael, San José, San Juan, Concepción, San Miguel, San Ignacio, Santiago, Santa Ana, Santo Corazon.

Indian uczono nie tylko uprawy ziemi i rzemiosła, ale również wprowadzano ich w świat malarstwa, rzeźby, muzyki i tańca, za pomocą których mieli wyrażać swoją wiarę. Zwiedzając dziś kościoły, które zachowały w większości swój XVIII wieczny wygląd, możemy podziwiać wykonane indiańską ręką drewniane figury aniołów, potężne kolumny, rzeźbione misternie konfesjonały. Styl architektoniczny określany jest mianem metyskiego baroku. Widoczne są zarówno wpływy europejskie jak i lokalne, znajdziemy tu elementy nawiązujące bezpośrednio do tradycji indiańskich czy tamtejszej fauny i flory. Głównym architektem był szwedzki jezuita Martin Schmit. Dziś także działają pracownie, gdzie rzeźbi się figury, sprzedawane później do różnych okolicznych kościołów, również tych w Santa Cruz. Drewniany kolorowy anioł stał się symbolem regionu. W miejscowości Concepción zachowała się unikalna na skalę Ameryki Łacińskiej kolekcja muzyki barokowej. Co dwa lata odbywa się tam  międzynarodowy festiwal muzyki renesansowej i barokowej. W każdym prawie miasteczku działa chór.

Po wygnaniu jezuitów w 1767 roku diecezja w Santa Cruz wzięła na siebie obowiązek utrzymania misji. Do połowy XIX wieku zamieszkiwali tu tylko Indianie i przedstawiciele kościoła (z czasem byli to przede wszystkim Franciszkanie), od tego momentu nastąpił przełom, ludność kreolska głównie z Santa Cruz zaczęła osiedlać się na tych terenach i zakładać hodowle bydła. Wkrótce potem rozpoczął się boom kauczukowy. W latach 30 – tych XX wieku ruszyła budowa kolei. Od lat 50-tych nastąpił gwałtowny rozwój całej prowincji. W połowie ubiegłego wieku zdano sobie sprawę, że zabytkowe kościoły, niszczone przez czas stoją na krawędzi ruiny. Człowiekiem, który przywrócił je do życia był szwajcarski architekt Hans Roth, który przez 27 lat prowadził prace restauracyjne. Dzisiaj to prawdziwe perełki.

Podróżując po magicznych zakątkach Chiquitanii trzeba przede wszystkim uzbroić się w cierpliwość. Czas płynie tu bowiem powoli. Po czerwonych wyboistych drogach pełznie zazwyczaj jeden autobus dziennie, często zatem trzeba poszukać innego środka transportu. Dobrym rozwiązaniem będzie załapanie się na pakę jakiegoś pickupa. Mieszkańcy tej krainy są bardzo przyjaźni i chętnie wyciągną pomocną dłoń przybywającym tutaj turystom. Z przyjemnością podwiozą, jeśli tylko będą mieli paliwo. A z tym jest poważny problem, bo jak każdy tu powtarza:„od kiedy Indianin doszedł do władzy, wszystkiego brakuje, diesla też”.

Najpiękniejsze w Chiquitanii jest to, że można poddać się kontemplacji krajobrazów i zabytków w całkowitej ciszy i spokoju. A często w zupełnej samotności. Bez turystycznego zgiełku wypełniającego wiele wartych zobaczenia miejsc na świecie. Santiago de Chiquitos to mieścina składająca się może z dziesięciu ulic. O otworzenie znajdującego się przy głównym placu kościółka muszę poprosić ogrodnika. Miejscowi spoglądają na mnie z zaciekawieniem i sympatią. Każdy niesie parasol, chroniący od słońca. Ktoś przejedzie na rowerze. Gospodarz na koniu pogania krowy. Te jednak są zmęczone i zamiast iść rozkładają się na środku drogi. Odnosi się tu wrażenie wiecznej sjesty. Podobnie jest w innych miejscowościach, choć San José, San Miguel i San Rafael są już nieco większe. W San Miguel przed kościółkiem pasą się konie. W Concepción pracuje trzech księży z Polski. Jeden z nich jest biskupem. Jedynie San Ignacio odstaje od reszty. To największa miejscowość na jezuickim szlaku. Ruchliwa, pełna bazarów, samochodów, mrowiących się moto – taxi. Ma lotnisko, filię uniwersytetu i zalew wodny. Mieszczący się tu kościół jest całkowitą rekonstrukcją i jako jedyny z ośrodków jezuickich nie został wpisany na listę UNESCO.

 

Pod wodospadem, w gorącej rzece, w cieniu diabelskiego zęba

Chiquitanía to nie tylko dawne misje. To również niezwykłe bogactwo natury. Z Roboré możemy wyruszyć na półtoragodzinną wędrówkę do wodospadów Totaizales. Doprowadzi nas tam ścieżka wijąca się przez las pełen tygrysów. Rozsądnie będzie zabrać ze sobą lokalnego przewodnika. Kiedy umęczeni wędrówką i upałem ujrzymy wyłaniający się niespodziewanie zza wysokich drzew wodospad, nie będziemy mieli wątpliwości, że dotarliśmy do raju. Po godzinach spędzonych na kąpieli i odpoczynku, możemy spłynąć wpław rzeką do samego miasteczka. Krajobrazy jak z „Indiana Jones”, a przygoda gwarantowana.

30 kilometrów od Roboré znajduje się Aguas Calientes – gorąca rzeka zawierająca związki siarki. Kąpiel w niej działa leczniczo na choroby skóry i reumatyzm.  Temperatura dochodzi do ponad 40 – tu stopni, ale są miejsca gdzie jest niższa. Tam też można się wykąpać w towarzystwie pochylających się nad taflą wody palm, wszechobecnych żółtych motyli i rozwrzeszczanych dzieciaków. Z kolei nieopodal Santiago de Chiquitos rozciąga się imponująca Valle Tucavaca, gdzie można wspiąć się na jeden z punktów widokowych położonych na wzgórzach, które swoim kształtem przypominają wenezuelskie tepuj czy polskie Góry Stołowe.

Jeszcze dalej na zachód wznosi się czerwona góra, nazywana ze względu na swój kształt i szczególne właściwości zębem diabła. Miejscowi wierzą, że jest ona źródłem kosmicznej energii i odbywają wędrówki na jej szczyt, by czerpać stąd siłę. Pod diabelskim zębem Hans Roth wybudował niezwykłe sanktuarium maryjne Chochis, upamiętniające tragiczne wydarzenia powodzi, która zalała miasteczko w 1979 roku. Prawie wszyscy wtedy zginęli. Uratowali się jedynie pasażerowie przejeżdżającego tamtędy pociągu, którzy żarliwie modlili się o pomoc Matki Boskiej. Sanktuarium zachwyca bogactwem drewnianych rzeźb przedstawiających różne sceny z Biblii.

 

Skarb, który trzeba pielęgnować

Jadę zatłoczonym autobusem z San José do San Rafael. Kursuje tylko jeden dziennie, a chętnych jest wielu. Wiszę, trzymając się poręczy nad dwiema siedzącymi kobietami. Patrzą się na mnie z zaciekawieniem, w końcu jedna bierze drugą na kolana i wskazuje mi miejsce obok siebie. Jak zwykle zawstydza mnie uprzejmość nieznajomych. Młody chłopak z tyłu mówi coś w bésiro, wymierającym języku Chiquitanos. Wzbudza to powszechne zainteresowanie. Ludzie zadają mu pytania: jak powiedzieć drzewo?, jak będzie babcia i dziadek? Kobiety obok tłumaczą mi, że wszyscy powinni znać bésiro, w końcu to język tego regionu, a posługują się nim głównie staruszkowie. Wstyd – mówią. Przecież Keczua mają własny język i Ajmara i nawet menonici mają, a my tylko po hiszpańsku. Trzeba pielęgnować swoje tradycje. Pewnie, że tak – myślę – bo inaczej stanie się tak jak z kościołami pół wieku temu, kiedy groziło im całkowite zniszczenie. Wkrótce potem kobieta, która ustąpiła mi miejsca zapisuje na kartce swoje imię oraz numer telefonu. Jak dojedziesz do San Miguel, znajdź mnie. Jestem dyrektorką tamtejszej szkoły, oprowadzę cię, poopowiadam. Kocham Chiquitaníę. Magiczną krainę serdecznych ludzi, krajobrazów napełniających spokojem i inspiracją, no i kościołów gdzie odnajdziesz 300 letniego anioła, a niejeden odnalazł pewnie samego Boga.

 

W jednym z miasteczek Chiquitanii

Krowy jak wyciśnięte z tubki z białą farbą
wsiąkają w zieleń
Słońce uderza w tarcze parasoli w porze sjesty
Osiemnastowieczny Jezus zdejmuje koronę cierniową
i schodzi napić się wina z drewnianym aniołem
A wieczorem gdy czerwona ziemia ostygnie
w rzeźbionych misternie konfesjonałach
klękają mężczyźni
Proszę księdza – szepczą do ucha za kratą –
usta Chiquitanek słodkie są jak papaja.

 

Szczegółowe relacje z mojej podróży po Chiquitanii ukażą się w naszym blogu za kilka miesięcy.

autor tekstu: Ola Plewka – Szmigiel

politolog, latynoamerykanistka, podróżniczka, pilot wycieczek i przewodnik po Warszawie

Komentarze facebookowe:

Komentarze (y)

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*