Brodate drzewa w San Gil

Podziel się

Po powrocie z Parku Tayrona wracamy do naszego hostelu w Taganga, gdzie na Matyldę czeka już jej przyjaciółka Sofi. Matylda jest zachwycona, dziewczyny bawią się i wygłupiają cały wieczór, a my w tym czasie próbujemy dowiedzieć się, o której godzinie odjeżdża następnego dnia autokar z Santa Marta do San Gil. Postanawiamy podróżować w nocy, aby po pierwsze nie tracić dnia, a po drugie podróż jest długa, zatem lepiej, aby Matylda w tym czasie spała. Dzwonimy do jednej z linii przewozowych, informują nas jednak, że nie można zrobić rezerwacji telefonicznej, cóż trzeba będzie rano pojechać do Santa Marta i kupić bilety. Rezerwujemy natomiast pokój w Hostelu Macondo w San Gil.

Taganga - potargane wiatrem palmy i kolorowe, wysłużone łódki.

Taganga – potargane wiatrem palmy i kolorowe, wysłużone łódki.

Rano Ola jedzie taksówką motocyklową na terminal w Santa Marta, a my z Mat idziemy na plażę. Dziś nasz ostatni dzień nad Morzem Karaibskim, zatem trzeba to wykorzystać!!! Wraca Ola, bilety kupione na 20:30. Dzień spędzamy leniwie na plaży, kąpiemy się, ja robię zdjęcia, obserwujemy zachód słońca. Mała plaża w Taganga ma swój urok, otaczają ją spalone słońcem strome wzgórza z niewielkimi domkami, wieczorem delikatnie oświetlone. Malowniczości krajobrazu dopełniają potargane wiatrem palmy, kolorowe, wysłużone łódki i wąski melacon – nadmorski bulwar, wzdłuż którego koncentruje się życie tej małej rybackiej wioski. Cóż, pora się jednak żegnać, kilkunastodniowa podróż wzdłuż wybrzeża karaibskiego powoli dobiega końca. Przed nami dwunastogodzinna męczarnia w autobusie do San Gil w kierunku Bogoty.

Wczesny zachód słońca.

Pożegnanie z Morzem Karaibskim.

Ze względu na to, że bilety są drogie – 80,000 tys. peso za bilet (ok 40 usd) – postanowiliśmy, że kupimy tylko dwa, licząc na to, że autokar nie będzie pełny, a tym samym Matylda z Olą będą mogły spać na siedzeniach obok siebie. Niestety nic z tego, wszystkie miejsca są zajęte, zatem w trójkę na dwóch miejscach jedziemy do San Gil. Matylda śpi w poprzek, jest ciasno i niewygodnie, a na dodatek wszyscy jesteśmy w śpiworach, bo kolumbijska klimatyzacja, a raczej kierowcy nie znają zdrowego rozsądku, limitu i litości. Jest po prostu bardzo zimno.

O 10:30 docieramy do San Gil, bierzemy taksówkę i jedziemy do Hostelu Macondo. Dostajemy ładny pokój z dwoma łóżkami w tym jedno podwójne w rozsądnej cenie – 60,000 tys. peso za noc (30 usd). Będzie można się wyspać w miłym miejscu.

San Gil

Kolonialne San Gil.

San Gil znajduje się w północno-wschodniej Kolumbii w departamencie Santander. Jest położone około 300 km od Bogoty i 95 km od stolicy departamentu Bucaramanga. Historia San Gil sięga czasów prekolumbijskich, kiedy to było zamieszkane przez Indian Guane. Po hiszpańskiej konkwiście plemię to przestało istnieć. Miasto zostało oficjalnie założone 17 marca 1689 roku przez Don Gil Cabrera Davalos i Leonardo Correa de Betancourt. Według źródeł San Gil odegrało ważną rolę w kolumbijskim procesie niepodległościowym. „Comuneros” – rebelianci pochodzący właśnie z tego regionu, zjednoczyli siły i ruszyli w kierunku Bogoty, aby walczyć o niepodległość narodu kolumbijskiego we wczesnych latach XIX wieku.

Plac „Parque la Libertad” i Katedra „San Gil”.

Plac „Parque la Libertad” i Katedra „San Gil”.

San Gil, w oddali Katedra.

Stroma uliczka w San Gil, w oddali Katedra.

W 2004 roku San Gil oficjalnie zostało ogłoszone turystyczną stolicą regionu, można tu uprawiać rafting, paragliding, trekking czy zwiedzać jaskinie. Jako, że niestety mamy mało czasu większość z tych atrakcji musimy sobie darować. Odpuszczamy paralotnie (które wcześniej miałem w planie), nie mamy również czasu na piękne kolonialne miasteczko Barichara, oddalone od San Gil o 20 km. Pada deszcz, więc zamknięte jest wejście do pobliskich wodospadów Juan Curi.

Cóż, pozostaje nam samo miasto i zwiedzanie – jak mawiają miejscowi – „El Corazon de San Gil” (Serca San Gil), czyli botanicznej perły „El Gallineral”. Jednak na początku udajemy się do poleconej nam w hostelu restauracji (Mana), obiad jest pyszny, a obsługa sprawna i szybka, co rzadko tu idzie w parze. Śmiejemy się, bo zarówno nasz hostel jak i ta restauracja są rekomendowane na pierwszym miejscu w przewodniku Lonely Planet. Zachowaliśmy się więc po raz pierwszy w czasie tej podróży jak wzorowi backpackersi 😉

Kolonialny mostek w Parku „El Gallineral”.

Kolonialny mostek w Parku „El Gallineral”. I Matylda :).

W sercu „El Gallineral”.

W sercu „El Gallineral”.

Po obiedzie docieramy do „El Gallineral”. Park znajduje się na wyspie położonej pomiędzy dwiema rzekami – Rio Curiti i Rio Fonce. Zajmuje powierzchnię około 4 hektarów. Większość znajdujących się tutaj drzew porośnięta jest tzw. hiszpańskim mchem czyli fachowo mówiąc „oplątwą brodaczkową”. Brodate drzewa tworzą cudowny egzotyczny krajobraz, a kolonialne mostki zapraszają do romantycznych spacerów. W parku znajduje się wiele ścieżek biegnących wzdłuż „Rio Fonce”, przechadzając się nimi można obserwować przepływające od czasu do czasu pontony raftingowe. Podziwiamy imponujące wielkością Ceiby i Higuerony, mijamy czerwone helikonie czy zagajniki bambusowe. Później udajemy się do centrum miasta na główny plac „Parque la Libertad” i do Katedry „San Gil”.

„Brodate” drzewo.

„Brodate” drzewa.

Imponujący Higueron.

Imponujący Higueron.

San Gil pochłonięte jest przedwyborczym szaleństwem. Już za tydzień mają się odbyć wybory do Izby Deputowanych i Senatu. Po mieście jeżdżą ciężarówki i pickupy oblepione plakatami kandydatów różnych opcji politycznych. Z samochodowych głośników ryczy na cały regulator muzyka – to piosenki – spoty, zapowiadające że Juan czy Carlos przeprowadzą „prawdziwą zmianę” i poprawią byt mieszkańców regionu Santander. Są baloniki i ulotki.

Propaganda wyborcza.

Propaganda wyborcza.

Wspinamy się stromą uliczką na jedno ze wzgórz. Prowadzi tu szeroki chodnik, po obu stronach stoją zadbane domy. Na górze robimy sobie przerwę na odpoczynek i zdjęcia. Ze sklepu wybiega chłopiec, prawdopodobnie syn właścicielki. Podchodzi do Matyldy i częstuje ją cukierkami. Ta jest zachwycona, bierze kolorowego dropsa, ale ten niespodziewanie wypada jej z ręki i szybko toczy się w dół. Chłopak biegnie za nim stromym chodnikiem i po chwili przynosi z powrotem cukierka zachwyconej Matyldzie. Przymykamy oko na higienę i obserwujemy przez 15 minut jak śmiesznie się ze sobą bawią – polska dziewczynka i szarmancki kolumbijski pięciolatek.

Szarmancki kolega Matyldy.

Mały kolumbijski dżentelmen 🙂

Wieczorem relaksujemy się w znajdującym się w ogrodzie hostelu jacuzzi. Mogłoby ono pomieścić aż 10 osób, jednak inni goście – głównie popijający piwko młodzi Amerykanie i Australijczycy nie są tą atrakcją zainteresowani. Dzięki temu możemy się pławić w ciepłej wodzie tylko w trójkę. Matylda jest zachwycona. Fundujemy sobie godzinę prawdziwego relaksu. O 21:30 jesteśmy już w łóżkach. Głośne rozmowy i śmiechy w ogrodzie nie milkną. Amerykańskim gościom zrewanżuje się o 8 rano Matylda, szczebiocząca na cały regulator przy śniadaniu pod oknem ich pokoju.

 

autor tekstu: Szymon Szmigiel

Komentarze facebookowe:

Komentarze (y)

Reklama

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*